Hańba staropanieństwa w XXI wieku


Brak złotego ringu na palcu. Imprezy firmowe, studniówka zaliczane bez „plus one”. Status na facebooku – wolny/a. W dzisiejszych czasach nie zakrawa to na ściskający gardło melodramat. Sporo się zmieniło w kwestii obyczajów i normy dotyczące ożenku nie są już tak ciasne i sztywne jak - nie przymierzając - parawany w Mielnie. Ale czy staropanieństwo przestało całkowicie istnieć? Czy może dalej straszy swoją zmorą samotnych wieczorów przesiąkniętych zapachem taniego alkoholu i kocich odchodów?

Kilka miesięcy temu skończyłam dwadzieścia pięć lat. Moja mama i reszta tego pokolenia miała w tym wieku męża, co najmniej dwójkę dzieciaków i w miarę ułożone życie, podczas gdy ja mogę co najwyżej pochwalić się statusem to skomplikowaneI nie jestem w tym odosobniona. Wielu znajomych przyznaje, że doznaje dziwnych sensacji żołądkowych  wchodząc na fejsbuka i widząc kolejną falę zaręczyn/zamążpójść/ciąż. Wielu z nas sunie już torami stabilizacji i grzeje się w cieple własnego ogniska domowego. Ale ogromna część pozostaje wolna i zamiast podgrzewać mleko, czy masować spracowane barki małżonka gra w nowe dodatki do Wiedźmina, imprezuje do białego rana. Lub jak ja, spędza wieczory przy butelce wina, wzdychając do Ragnara. Nasuwa się w tym momencie pytanie:

CZY TAKI STAN RZECZY POWINIEN NAS MARTWIĆ?

To zależy. Jeżeli człowiek od lat czuje się samotnie, nie może znaleźć odpowiedniego partnera, albo utrzymać go u swego boku, ale pragnie za wszelką cenę porzucić samotność może to być faktycznie dołujące. Gwoździem do trumny w takiej sytuacji są lawiny zaręczyn wśród znajomych (oni już się ogarnęli, a ja?), albo niewyszukane teksty natrętnych ciotek i wąsatych wujków w stylu „a kiedy poznamy twojego kawalera?”, „nie siadaj w rogu, bo będziesz starą panną!” itd. Po jakimś czasie człowiek dochodzi do smutnej konstatacji, że może faktycznie jest już tą starą panną czy też kawalerem. A tym samym wybrakowanym towarem. A ja na to wszystko mówię – NIC NA SIŁĘ. Owszem, komuś może być ciężko i pragnąłby odmiany ponad wszystko, ale wierzcie mi, nie dzieje się nic strasznego, gdy w wieku dwudziestu-kilku lat nie ma się stałego partnera. Najgorsze co można zrobić to wmawiać sobie, że jest się nikogo wartym jaszczurem bez szans na prawdziwy związek. Użalanie się nad sobą też do niczego nie prowadzi, a już na pewno nie do poprawy sytuacji. Jeżeli chcecie wyrwać się z niedoli  samotności, a wcześniejsze wysiłki dawały mierne rezultaty mam na to jedną, bardzo prostą radę – wyjść do ludzi. Po prostu. Obracać się w jak największej liczbie osób. Chodzić do kina, na koncerty, nawet samemu. Iść pobiegać, gdy w parku jest najwięcej ludzi. W pracy spędzać czas w pokoju socjalnym, zamiast samemu. Na zakupach uśmiechać się do ludzi i urządzać pogaduszki o pogodzie. Choć niektórych tak zwany small talk odstręcza lub napawa strachem jednak robi robotę. Nie wiecie nawet w jak dziwnych miejscach ludzie spotykali swoich partnerów i są z nimi po dziś dzień. 


WSPANIAŁY, XXI WIEK

Niezależnie od okoliczności, potrzeb serca i ambicji żyjemy w takich czasach, że łatka starej panny, czy kawalera straciła niemal całą swoją grozę. Oczywiście znajdą się jeszcze tacy, którzy ze zgorszeniem będą patrzeć, dajmy na to, na samotne, trzydziestoletnie kobiety niechcące rodziny i obsmarowywać je pomyjami, dzierżąc jednocześnie różaniec. Niekiedy wielkim wysiłkiem jest oprzeć się opiniom innych, wybić z głowy stygmat co o mnie inni pomyślą. Na mnie spłynęło to jakiś czas temu, nagle, że po cholerę mam się przejmować ciasnomózgimi bucami, którzy i tak pewnie mają mnie głęboko w otworach, które tabu zakazuje publicznie obnażać. Odtąd jest mi zdrowiej i o wiele weselej. True story.
Pomijając nieco zacofane obyczajowo jednostki staropanieństwo nie jest obecnie bolączką. Nie powinno spełzać snu z powiek młodym dziewczętom, ani pozwalać załamywać się kawalerom. Można żałować, że jest się samemu, ale absolutnie nie dlatego, że źle to wygląda. Że wstyd i hańba. Nikt za nas nie przeżyje życia, więc tym bardziej nie powinien oznaczać nas nieprzyjemnymi etykietami, które jak już wspominałam wcześniej nie mają już żadnego wydźwięku.

Więc ogłaszam: staropanieństwo i starokawalerstwo się skończyło! Nikt nas nie zmusi do definiowania siebie samego tylko przez pryzmat tego, czy mamy męża/żonę, czy nie. Bez partnera człowiek i tak jest pełnowartościowym bytem, czyż nie? Nie ma żadnej potrzeby, żeby dowartościowywać się drugą osobą. Moi drodzy, uprzejmie informuję, że nie musimy się niczym takim przejmować.

A CO JEŚLI…

A jeśli znajdzie się ktoś, kto dalej nie będzie przekonany o wartości życia w pojedynkę, i mimo wszystko dalej będzie się martwił, że będzie w oczach społeczeństwa starą panną lub kawalerem to mam poniżej kilka pomysłów jak oszukać opinię publiczną.
1. wyjedź do Afryki budować szkoły – realizując tak szczytny cel, nikt nie będzie się Ciebie czepiał, że nie masz czasu na żeniaczkę.
2. zostań artystą – wszyscy doskonale wiedzą, że osoby zajmujące się sztuką mają głowy zbyt daleko w chmurach, żeby przejmować się takimi przyziemnymi sprawami jak rodzina, dom itd.
3. załóż zespół rockowy – co jak co, ale rock&roll i ognisko domowe nie chodzą w parze, więc problem z głowy.
4. udaj się w ciąg podróży po całym świecie – czy Martyna Wojciechowska, mimo, że bez męża jest nielubiana i nazywana starą panną? No właśnie! Pakuj plecak.
5. bądź obrzydliwie bogaty – wtedy będziesz dobrą partią, a nie starą panną/kawalerem.

Konkluzja jest prosta i przyjemna jak przeklinanie – mówienie i straszenie staropanieństwem to oznaka ciasnoty obyczajowej. To nie z samotnymi osobami jest coś nie tak, ale z tymi, którzy robią z tego wstydliwy problem. Tyle w temacie.
Jakie jest wasze zdanie na ten temat? Podzielcie się koniecznie w komentarzach.

you might also like

o ludzie!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Bezdomna

czyli Karolina - wodzirejka na tym dancingu. Zapraszam do bycia bezdomnym kulturowo, bo to naprawdę świetna rzecz. Wino, szmira i kicz to moja dewiza.