Brak złotego ringu na palcu. Imprezy
firmowe, studniówka zaliczane bez „plus one”. Status na facebooku – wolny/a. W
dzisiejszych czasach nie zakrawa to na ściskający gardło
melodramat. Sporo się zmieniło
w kwestii obyczajów i normy dotyczące ożenku nie są już tak
ciasne i sztywne jak - nie przymierzając - parawany w Mielnie. Ale czy łatka staropanieństwa przestała obowiązywać? Czy może dalej straszy jako wizja rozczochranej osoby w przetartym szlafroku, w otoczeniu stada kocurów, w aurze zgorzkniałej samotności?
Masz prawie trzydzieści lat. Twoja mama i reszta tego pokolenia miała w tym
wieku męża, co najmniej trójkę dzieciaków i w miarę ułożone życie (na ile to w PRLu było możliwe), podczas gdy
Ty możesz co najwyżej pochwalić się na Fejsbuku statusem to skomplikowane.Takich jest miliony. Wielu
znajomych przyznaje, że doznaje dziwnych sensacji żołądkowych wchodząc na społecznościówki i widząc kolejną falę zaręczyn/zamążpójść/ciąż. Wielu z nas sunie już
torami stabilizacji i grzeje się w cieple własnego ogniska domowego. Ale
ogromna część pozostaje wolna i zamiast podgrzewać mleko, czy masować
spracowane barki małżonka gra w nowe dodatki do Wiedźmina, imprezuje do białego
rana. Albo spędza wieczory przy butelce wina, wzdychając do netflixowego Geralta. Nasuwa
się w tym momencie pytanie:
CZY TAKI STAN RZECZY
POWINIEN NAS MARTWIĆ?
To zależy. Jeżeli
człowiek od lat czuje się samotnie, nie może znaleźć odpowiedniego partnera,
albo utrzymać go u swego boku, ale pragnie za wszelką cenę porzucić samotność
może to być faktycznie dołujące. Gwoździem do trumny w takiej sytuacji są
lawiny zaręczyn wśród znajomych (oni
już się ogarnęli, a ja?), albo niewyszukane teksty natrętnych ciotek i wąsatych wujków w stylu
„a kiedy poznamy twojego
kawalera?”, „nie siadaj w rogu, bo będziesz starą panną!” itd. Po jakimś czasie człowiek
dochodzi do smutnej konstatacji, że może faktycznie jest już tą starą panną czy
też kawalerem. A tym samym wybrakowanym towarem. A ja na to wszystko mówię –
NIC NA SIŁĘ. Owszem, komuś może być ciężko i pragnąłby odmiany ponad wszystko,
ale wierzcie mi, nie dzieje się nic strasznego, gdy w wieku dwudziestu-kilku
lat nie ma się stałego partnera. Najgorsze co można zrobić to wmawiać sobie, że
jest się nikogo wartym jaszczurem bez szans na prawdziwy związek. Użalanie się
nad sobą też do niczego nie prowadzi, a już na pewno nie do poprawy sytuacji.
Jeżeli chcecie wyrwać się z niedoli samotności, a wcześniejsze wysiłki
dawały mierne rezultaty mam na to jedną, bardzo prostą radę – wyjść do ludzi.
Po prostu. Obracać się w jak największej liczbie osób. Chodzić do kina, na koncerty,
nawet samemu. Iść pobiegać, gdy w parku jest najwięcej ludzi. W pracy spędzać
czas w pokoju socjalnym, zamiast samemu. Na zakupach uśmiechać się do ludzi i
urządzać pogaduszki o pogodzie. Choć niektórych tak zwany small talk odstręcza
lub napawa strachem jednak robi robotę. Nie wiecie nawet w jak dziwnych
miejscach ludzie spotykali swoich partnerów i są z nimi po dziś dzień.
WSPANIAŁY, XXI WIEK
Niezależnie od okoliczności,
potrzeb serca i ambicji żyjemy w takich czasach, że łatka starej panny, czy
kawalera straciła niemal całą swoją grozę. Oczywiście znajdą się jeszcze tacy,
którzy ze zgorszeniem będą patrzeć, dajmy na to, na samotne, trzydziestoletnie
kobiety niechcące rodziny i obsmarowywać je pomyjami, dzierżąc jednocześnie
różaniec. Niekiedy wielkim wysiłkiem jest oprzeć się opiniom innych, wybić z
głowy stygmat co o mnie inni pomyślą. Na mnie
spłynęło to jakiś czas temu, nagle, że po cholerę mam się przejmować
ciasnomózgimi bucami, którzy i tak pewnie mają mnie głęboko w otworach, które
tabu zakazuje publicznie obnażać. Odtąd jest mi zdrowiej i o wiele weselej.
True story.
Pomijając nieco zacofane
obyczajowo jednostki staropanieństwo nie jest obecnie bolączką. Nie powinno
spełzać snu z powiek młodym dziewczętom, ani pozwalać załamywać się kawalerom.
Można żałować, że jest się samemu, ale absolutnie nie dlatego, że źle to
wygląda. Że wstyd i hańba. Nikt za nas nie przeżyje życia, więc tym bardziej
nie powinien oznaczać nas nieprzyjemnymi etykietami, które jak już wspominałam
wcześniej nie mają już żadnego wydźwięku.
Więc ogłaszam: staropanieństwo i
starokawalerstwo się skończyło! Nikt nas nie zmusi do definiowania siebie
samego tylko przez pryzmat tego, czy mamy męża/żonę, czy nie. Bez partnera
człowiek i tak jest pełnowartościowym bytem, czyż nie? Nie ma żadnej potrzeby,
żeby dowartościowywać się drugą osobą. Moi drodzy, uprzejmie informuję, że nie
musimy się niczym takim przejmować.
A CO JEŚLI…
A jeśli
znajdzie się ktoś, kto dalej nie będzie przekonany o wartości życia w
pojedynkę, i mimo wszystko dalej będzie się martwił, że będzie w oczach
społeczeństwa starą panną lub kawalerem to mam poniżej kilka pomysłów jak
oszukać opinię publiczną.
1. wyjedź
do Afryki budować szkoły –
realizując tak szczytny cel, nikt nie będzie się Ciebie czepiał, że nie masz
czasu na żeniaczkę.
2. zostań artystą – wszyscy doskonale wiedzą, że osoby zajmujące
się sztuką mają głowy zbyt daleko w chmurach, żeby przejmować się takimi
przyziemnymi sprawami jak rodzina, dom itd.
3. załóż zespół rockowy – co jak co, ale rock&roll i ognisko
domowe nie chodzą w parze, więc problem z głowy.
4. udaj się w ciąg podróży po
całym świecie – czy
Martyna Wojciechowska, mimo, że bez męża jest nielubiana i nazywana starą
panną? No właśnie! Pakuj plecak.
5. bądź obrzydliwie bogaty – wtedy będziesz dobrą partią, a nie starą panną/kawalerem.
5. bądź obrzydliwie bogaty – wtedy będziesz dobrą partią, a nie starą panną/kawalerem.
Konkluzja jest prosta i przyjemna jak przeklinanie – mówienie
i straszenie staropanieństwem to oznaka ciasnoty obyczajowej. To nie z samotnymi
osobami jest coś nie tak, ale z tymi, którzy robią z tego wstydliwy problem.
Tyle w temacie.
Jakie jest wasze zdanie na ten temat? Podzielcie się koniecznie w komentarzach.
Jakie jest wasze zdanie na ten temat? Podzielcie się koniecznie w komentarzach.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz