NAJDZIWNIEJSZE GATUNKI MUZYCZNE



Wielu powtarza, że wszystko już zostało odkryte i że nic nowego wymyślić się nie da. Pozwalam się z tym nie zgodzić. Zwłaszcza, jeżeli chodzi o muzykę. W tej dziedzinie wyobraźnia ludzi wydaje się być niewyczerpana i płodna, niczym gleby czarnoziemne.  Czasem jednak ta fantazja prowadzi w dziwne i egzotyczne rejony, do których tylko odważni słuchacze mają odwagę zaglądać (zasłuchać?)





Może spotkaliście się kiedyś z określeniem zła strona youtube’a. Jest to miejsce, gdzie cyfrowy bóg dawno nie zaglądał, opanowane przez - zazwyczaj - zdziwaczałe jednostki wrzucające niepokojące, ciężkie do sklasyfikowania filmiki (małe dzieci tańczące kompulsywnie do hard style techno, dwójka ludzi udających zmiotkę i szufelkę itd.). Oglądając je, człowiek raz po raz wykrzykuje swojskie co do cholery, zadając sobie później pytanie, jak w ogóle zawędrował w te strony YT. 

Prezentowane poniżej gatunki muzyczne w większości należą do tej kategorii, którą pozwolę sobie nazwać kategorią WTF. Idealnie sprawdzają się w tej pokręconej części Internetu, zresztą stanowią jej pokaźną część.



Nie przedłużając, przedstawiam wam zestawienie najdziwniejszych gatunków muzycznych.

  • Eurodance w Japonii
    Doskonale kojarzycie pewnie muzykę pop z lat 80. Syntezator wyparł większość instrumentów, racząc nas melodiami prostymi jak przysłowiowy drut. Teksty zaś były tak niewymagające, że mógłby je interpretować każdy Seba z dowolnego blokowiska. Sklejone to kiczem tak gęstym, że zalepiało głośniki, wlewał się zawiesistym budyniem przez uszy i dostając się do mózgu niszczył ośrodek percepcji estetyki.
    A teraz zderzmy to z – uwaga - japońską kulturą pop. Stało się tak w 1985 roku, kiedy w zachodnich krajach trendy muzyczne powoli się zmieniały, zainteresowanie eurodance, czy Italo disco wypalało się, a producenci zaczęli szukać nowych rynków i sposobów, aby przedłużyć chwile świetności i kąpania się w szmalu. Ich oczy i portfele skierowały się w stronę Japonii, która okazała się fonograficznym El Dorado.
    Tamtejszy rynek chłonął jak gąbka szalone rytmy europejskiego dance’u, jednocześnie przetwarzając je i dostosowując do swoich standardów. W efekcie, powstało morze piosenek, podejrzanie podobnych do europejskich hitów z lat 80., ale niemiłosiernie wzbogaconych japońskimi wstawkami, wywołującymi niestrawność w uszach. Język japoński został wymieszany z angielskim, kaleczonym w każdym zdaniu, a poziom kiczu – o ile to możliwe – wzrósł o dobre kilkaset procent.


    Najciekawsza jednak jest swego rodzaju subkultura, która wytworzyła się wokół japońskiego eurodance’u. Jak grzyby po deszczu otwierano kluby promujące ten gatunek, wielkie imprezy tematyczne były (i są do tej pory) na porządku dziennym, a przede wszystkim narodził się para para dance. Rytmiczne wymachiwanie kończynami górnymi, szuranie nogami w miejscu i śmiertelnie poważne podejście do znajomości układu tanecznego – oto idealny przepis na rozrywkę Japończyka. Para para tańczone było w wielu klubach japońskich; organizatorzy imprezy prezentowali na początku kilka sekwencji tańca, które klubowicze mieli przyswoić, by w trakcie zabawy cała sala mogła tańczyć jeden układ (koniecznie obejrzyjcie video). Takie rzeczy tylko w Japonii! Ów taniec przeniósł się wkrótce z parkietów do kultury masowej, służąc w reklamie, grach (para para paradise) i wielu innych dziedzinach.

  • Danger music
    Prawdziwi buntownicy sztuki potrafią manifestować na wiele sposobów. Muzyka jest od wielu lat ich doskonałym narzędziem, ale czasami robi się trochę niebezpiecznie. I to dosłownie. Danger music jest kolejnym, dziwnym gatunkiem muzycznym, ale i specyficzną formą awangardy artystycznej. Twórcy, działający na tym polu przeciwstawiają się klasycznym normom i konceptom muzycznym, komponując i wykonując utwory mogące zrobić krzywdę im, bądź odbiorcom muzyki. I nie chodzi tu wcale o duchowe zranienie, mocne wzruszenia, czy obraźliwe teksty. O nie! Założeniem Danger music są fizyczne, jak najbardziej bolesne uszczerbki na zdrowiu spowodowane muzyką.
    Największy hardcore miał miejsce za czasów pokolenia naszych dziadków, czyli prawdziwych rock&rollowców. Istniało kiedyś coś takiego jak Fluxus, ruch artystyczny zrzeszający tłumek niepokornych indywidualistów, którzy odznaczając się sporą dozą buńczuczności chcieli zredefiniować pojęcie i uprawianie sztuki. Lubowali się w eksperymentalnych, niecodziennych rozwiązaniach i idea muzyki zagrażającej życiu, a przynajmniej zdrowiu wyszła z ich warsztatu.


    Czego oni nie wyrabiali! Odgrywali partie symfonii członkiem w erekcji. Stosowali na koncertach szum Browna – dźwięk o bardzo niskiej częstotliwości – który powodował zbiorowe wypróżnianie się publiczności (na brązowo). Taśmowo niszczono instrumenty, akcesoria, sceny, nawet budynki, w których miały miejsce happeningi. Japońska grupa Hanatarash, tworząca w tym nurcie, słynęła z przegiętych wystąpień i igrania ze zdrowiem. Jeździli po scenie buldożerami, pastwili się nad kocim truchłem, doszło do tego, że frontman zespołu sporządził koktajl Mołotowa w trakcie show, który miał wylądować wśród widzów/słuchaczy. Wrzeszczenie prowadzące do wstrząsu, muzyka tak głośna, że mogła powodować głuchotę, samookaleczanie się i wiele innych, kontrowersyjnych pomysłów artystów doprowadziło do sytuacji, w której ich przedstawienia były notorycznie odwoływane.

    Niestety większość tych wydarzeń nie była nagrywana – wtedy nie było to jeszcze codziennością jak dzisiaj. Dobrze jednak grzebiąc w odmętach internetu można odnaleźć filmy dokumentujące szaleństwo na scenie. Polecam wam zapoznać się szerzej z działalnością Fluxusa!



  • Cowpunk
  • Ta pozycja zawdzięcza swoje miejsce na liście ze względu na dziwaczne, niepojęte dla mnie połączenie dwóch totalnie oddalonych od siebie gatunków. Nie jest to najbardziej szalony wybryk, o jakim tutaj piszę, niemniej jednak nie mogę wyjść z podziwu, że takie cudactwo w ogóle powstało.

    Gdy przez przypadek natrafiłam na termin cowpunk, wmawiałam sobie, że określenie jest żartobliwe, że nikt na poważnie nie tworzy punku o zabarwieniu country, że niemożliwym jest, aby tacy bluźniercy chodzili po ziemi. A jednak! W latach 80. ubiegłego wieku, w Kalifornii można zauważyć koncentracje zespołów, które uznały, że rednecki chcą i mogą wykonywać muzykę punk. Nie przeżyłabym, nie sprawdzając owoców tego gatunku. Wyobrażałam sobie szalone krowy biegające w teledyskach, z wyciętymi w futrze symbolami anarchii, ale nic takiego nie było. Rzeczywistość okazała się być jednak bardzo nudna. Cowpunk to nic innego jak rozmydlony rock, z elementami bluesa dla opornych i z silnym wpływem country (tfu!). Miałam nadzieję, że chociaż teksty nadadzą pazur tej „muzyce”. Może jakaś walka z systemem, jakieś nieposzanowanie dla autorytetów. Ale i tutaj spotkało mnie spore rozczarowanie. Smętne bajdurzenia o smutku, nędzy i niedoli, kiczowate porównania, nikomu nie potrzebne deklaracje (Hank Williams III). Bardziej kreowanie się na outsidera, niż faktyczne nim bycie.



    Nie wiem, kto wymyślił ten termin i dlaczego. Może jakiś krytyk muzyczny palnął głupim żartem i się przyjęło? Nie czepiałabym się sprawy, gdyby nie chodziło o punk, a raczej brak wspólnych mianowników cowpunku z tym gatunkiem. A może wcale o punk nie chodzi i jest to nazwa umowna? Dużo pytań, na które odpowiedzi mało mnie interesują, bo zdecydowanie nie jest muzyka dla mnie. Słuchajcie na własną odpowiedzialność. Grozi zdechnięciem z nudów.



  • Chrześcijański metal
    Gorący mróz, sucha woda, głośna cisza, piękny brzydal, piwo bezalkoholowe. Tyle samo sensu ma dla mnie chrześcijański metal. Nie mam nic przeciwko chrześcijanom, którzy pragną śpiewać i grać ku chwale swojej religii. Jest to wręcz dobry pomysł, aby w świeży i niekonwencjonalny sposób wyrażać się w tej płaszczyźnie.  Niemniej jednak w tym przypadku razi rodzaj muzyki, jaki został do tego wybrany. Wystarczy przypomnieć sobie ojców metalów, z Black Sabbath(!) na czele, aby wiedzieć, że coś tu nie gra. Metal, od początków swego istnienia, prócz mocnego brzmienia, charakteryzował się dosyć mocnym przeciwstawianiem się ideologii chrześcijańskiej, wyśmiewaniem jej oraz wyznawców, deptaniem symboli oraz boga. Było tego tak dużo, że musiał powstać nowy podgatunek, black metal, zrzeszający te najbardziej brutalne, z ciągotami satanistyczno -pogańskimi zespoły.



    I jak, w tych czarnych jak dusza diabła klimatach odnaleźli się chrześcijanie? W latach 80. przeżywali skromne lata świetności, z czasem stali się bardzo wąską niszą, przechodząc w końcu (lata 90.) do undergroundu. Metal z założenia nie jest muzyką popularną, poza tym ze świecą szukać chrześcijanina lubiącego ciężkie brzmienia, więc gatunek jest mocno hermetyczny – tylko dla wybranych.

    Metal chrześcijański, no cóż, mimo pełnego instrumentarium kapel metalowych ma tyle pazura, co wykastrowany kot. Ideologia, według której żyją wykonawcy tłumi to, co w muzyce metalowej jest najlepsze – niepohamowana, dzika zabawa, przekraczanie granic dobrego smaku, politycznej poprawności, mocne, wgniatające w podłogę dźwięki. Oczywiście nie jest tak w stu procentach przypadków metali-chrześcijan. Na przykład zespoły core mają kopa i dobry scream, co nie zmienia faktu, że jest i tak dziwnie i niezręcznie z bogiem w załodze.


  • Witch house
    Gatunek – kuriozum. Istnieje, ale jakby nie do końca. Niby żart, ale traktowany bardzo poważnie. O co w ogóle chodzi?
    Może kojarzycie zespoły, których nazwy składają się z szeregu niezrozumiałych znaków, takich jak trójkąty, celtyckie krzyże, gwiazdy. Jeżeli tak, to prawdopodobnie otarliście się o efemeryczny witch house. Termin wymyślił niejaki Travis Egedy (Pictureplane), próbując nie do końca na poważnie, określić jaką muzykę tworzy. Jako że muzykiem anonimowym nie jest, nazwę podchwycili muzyczni recenzenci, blogi, internet i tak poszło. W 2010 było to prawdziwe „coś” w muzycznym światku – sławę zyskiwali wykonawcy tego nurtu, recenzje i analizy rosły jak grzyby po deszczu. Niektóre zespoły na siłę podciągane były przez krytyków pod tą kategorię, mimo że same się przed nią broniły. Gatunek, wykreowany spontanicznie i dla żartu zaczął żyć własnym życiem.





    Witch house ma wiele twarzy. Z jednej strony jest to muzyka z silnymi wpływami okultyzmu, gotyku, szamanizmu, silnie inspirowana estetyką rodem z horrorów. Ze strony formalnej zaś cechuje się bardzo spowolnionymi, wydłużonymi  samplami, ciężkimi, melodiami, skrzeczącymi odgłosami czerpanymi z muzyki industrialnej.

    Trudno jest jednogłośnie zakwalifikować daną kapelę do tego gatunku, ponieważ zazwyczaj tworzą swoją muzykę na pograniczu innych nurtów (noise, shoegaze itd.). Być może więc, witch house jest nieco sztucznie wygenerowanym przez krytyków i „znawców” zjawiskiem, albo grą muzyków z szufladkowaniem zespołów.

    Podsumowując – dziwna jest sama muzyka witch house, jak i sama jej geneza. 




  • Vaporwave
    Nostalgia nie musi ograniczać się do wzdychania i tęsknoty za czymś, co minęło. Zdarza się, że niektórzy są na tyle śmiali, żeby pobawić się w wskrzeszanie. Taką nekromancję uprawiają muzycy i artyści tworzący w nurcie vaporwave.

    Gdyby można było wycisnąć sok z późnych lat 80. oraz 90, z ówczesnej „muzyki”, która leciała w centrach handlowych i windach oraz tamtejszych reklam, otrzymalibyśmy vaporwave przed obróbką. Twórcy bawią się tym „sokiem”, przetwarzając, tnąc i spowalniając melodie, przez co otrzymujemy nieco psychodeliczny typ muzyki.


    Vaporwave
    to jednak znacznie więcej niż sama muzyka. Główną rolę odgrywa tu specyficzna estetyka. Co się na nią składa? Przypomnijcie sobie wszystkie kiczowate grafiki z lat 90., te wykorzystywane w reklamach wszelkiego rodzaju, jak i w grach – pikseloza, przesterowane kolory, geometryczne figury w dziwnych konfiguracjach. Dodajmy do tego starożytne, klasyczne rzeźby, czy kolumny oraz japońskie znaki – album vaporwave gotowy.

    Przez wiele osób nurt ten jest traktowany jako narzędzie do ironizowania z kapitalizmu, powszechnej komercjalizacji każdej sfery ludzkiego życia. Poprzez muzykę i estetyczną otoczkę, wszelkie dobrodziejstwa kapitalizmu ukazują w krzywym zwierciadle. Stąd silna inspiracja latami 80. oraz 90., kiedy to wiele krajów przeżywało boom gospodarczy, a reklama przetwarzała się w wszechobecnego boga.

    Bywają też i tacy, którzy nie upatrują żadnej ideologii w vaporwave, tylko zafascynowani przeszłością, tworzą muzykę dla czystej frajdy. Mimo że wielu krytyków, znawców i komentatorów widziało w tym gatunku tylko jednosezonową modę internetową, przygoda trwa dalej. Powstają programy do tworzenia muzyki w stylu vaporwave, na youtubie codziennie pojawiają się niezależne albumy, a dyskusje o gatunku na portalach takich jak reddit,czy wykop są bardzo żywe. 


you might also like

najdziwniejsze gatunki muzyczne

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Bezdomna

czyli Karolina - wodzirejka na tym dancingu. Zapraszam do bycia bezdomnym kulturowo, bo to naprawdę świetna rzecz. Wino, szmira i kicz to moja dewiza.