NAJBARDZIEJ MIODNE PŁYTY POLSKICH ARTYSTÓW WG BEZDOMNEJ







Jeżeli ktoś myśli, że polska muzyka kończy się na Gosi Andrzejewicz, Edycie Górniak, czy zespole Feel, ten grubo się myli. Na polskim rynku istnieją płyty, o którym nie śniło się dziennikarzom z Radia Zet.



Przed wami zestawienie siedmiu albumów ociekające miodnością i miażdżące swoją zawartością. Są to pięknotki, z którymi się nie rozstaję i które na zawsze zmieniły moje patrzenie na muzykę. Lista zawiera pozycje klasyczne i poważane wśród krytyków, jak i te mniej poważne. Ni mniej, ni więcej - najlepsze polskie płyty.





1. KNŻ, Występ (2002)


Jaki jest Kazik – każdy widzi (i słyszy). Legenda polskiego rocka, o której niewiele już można napisać, bez popadania w sztampę. Pojawia się niezmiennie i systematycznie we wszystkich zestawieniach tego typu. U mnie znalazł miejsce ze względu na dokonania z czasów KNŻ, z którego najlepszym dobrem jest imponujący Występ. Dwupłytowy zapis koncertu w warszawskiej stodole miażdży każdą piosenką, nie starzejąc się ani trochę, mimo swoich piętnastu lat. Nieziemsko uzdolnieni muzycy, charyzmatyczny i jedyny w swoim rodzaju Kazik, no i ta buchająca energia, która zamienia każdy tekst w żarzące się węgle, jarające nam korę mózgową. Chcielibyśmy więcej, niestety legenda kończy działalność.



2. Cool Kids of Death, Cool Kids of Death (2002)



Ożeż kurwa! Gdybym miała możliwość cofnięcia się w czasie, od razu ładowałabym się do okresu sprzed wysłuchała płyty Cool Kidsów. Przeżyć jeszcze raz to pełne radości niedowierzanie: to u nas nagrywa się takie płyty?! Co to był za debiut – krytycy spuszczali się w zachwycie na łamach każdej gazety, zaś młodzi słuchacze w końcu zyskali artystów, którzy faktycznie mogliby przemawiać w imieniu ich pokolenia. Ostre, trącące punkiem brzmienie, ujadający na wokalu Krzysztof Ostrowski oraz Kuba Wandachowicz, który basem włada jak Dumbledore różdżką złożyły się na elektryzujący album muzyki alternatywnej najlepszego sortu. Równie ważną role odegrały teksty – prawda siepała po zakłamanych ryjach, a trup obłudy ścielał się gęsto. Butelki z benzyną i kamienie na zawsze pozostaną blisko naszych serc. Panowie, opuściliście nas zbyt wcześnie.



3. Bielizna, Taniec lekkich goryli (1989)


Muzycy z Bielizny nazywani byli biedniejszą wersją Republiki, polskimi The Smiths, czy słowiańskim The Cure. Nigdy nie zrozumiem bezsensownego przyklejania do twórczości dojrzałych wykonawców (zresztą jakichkolwiek) nietrafionych etykiet i porównań. Jest to szkodliwy proces wciąż kontynuowany przez zblazowanych krytyków, totalnie wypaczający odbiór muzyki. Wracając jednak do Bielizny i ich niebanalnego Tańca lekkich goryli, nie sposób oprzeć się osobliwej nostalgii podczas słuchania krążka. Może was razić z początku nosowy, lekko drażniący głos wokalisty, który jednak po paru chwilach jest totalnie do kupienia. Wraz z ciekawymi riffami i niepokojącymi tekstami roztacza przed nami smętną, ale i porywającą wizję polskiej krainy z czasów przemian ustrojowych. Polski rock ma wiele twarzy, a Taniec lekkich goryli jest jedną z ciekawszych.



4. Lao Che, Gospel (2008)


Niby zgarniają Fryderyki, dorabiają się platynowych płyt, ale jakoś wciąż o nich nie tak głośno, jak powinno być. A szkoda to wielka, bo zespołem są zacnym, a Gospel to sam szczyt miodności. Płytę łyka się w całości naraz, bo jest tak spójna i tak cholernie angażująca, że nie sposób słuchać wyrywkowo, pojedynczymi piosenkami. Każdy numer, dzięki uniwersalnemu tekstowi może stać się hymnem twojego życia, a ubrany w fantastyczne i bardzo charakterystyczne aranżacje zespołu, staje się na wysokim poziomie odskocznią od codziennej szarówy.. Gospel oferuje muzykę, której nie podciągniemy pod jedną kategorię. Jest specyficzną mieszanką różnych środków i gatunków, które składają się na ten nieco dziwaczny, ale bez reszty wciągający styl Lao Che, za co będę ich kochać aż po życia kres. Wisienką na torcie jest wokal „Spiętego” – śpiewa, skanduje, krzyczy, jęczy, dodając płycie unikalny klimat. Gospel zawsze będzie dla mnie w ścisłej czołówce najlepszych płyt.



5. Kaliber 44, Księga Tajemnicza. Prolog (1996)


Z hip-hopem nie zawsze mi po drodze, zwłaszcza polskim, ale - zgodnie ze złotą zasadą Bezdomnej - daleko mi do arogancji i ignorowania poszczególnych sfer kultury, które nie do końca mi podchodzą. Dlatego łatwo mi przychodzi dostrzeżenie, że i w tym gatunku dzieje się (działo?) wiele dobrego. Toteż nie mogłam pominąć prawdziwej perełki i nieco zakurzonego klasyka z polskiego podwórka. Księga tajemnicza nie jest płytą, po którą sięgamy od tak, aby brzęczała sobie w tle. Jest to ciężki i przytłaczający, muzyczny orzech do zgryzienia, ale wart zachodu.  Joka, Abradab i Magik nie serwują nam gładkich rymów i przyjemnych dla ucha beatów, lecz posępne teksty gęsto zanurzone w psychodelicznych, czasami wręcz upiornych melodiach. Płyta jest unikalna w swoim klimacie i w czasie, w którym była wypuszczona, stała się sporym wydarzeniem – Kaliber z miejsca zyskał jedną z czołowych pozycji na polskiej scenie hiphopowej, a ich muzyka wyznaczała nowe ścieżki dla tego gatunku. Nieważne, czy unikasz hip-hopu, czy jesteś jego wielkim fanem, Księga Tajemnicza. Prolog jest pozycją obowiązkową.



6. Dick4Dick, Silver Ballads (2005)


Akcent mocno niepoważny w zestawieniu. Jeżeli znacie D4D, to wiecie dlaczego. Jeśli nie, spieszę z wytłumaczeniem. Od czego zacząć? Może od tekstów – te są sprośne, ale i śmieszne w swojej rubaszności, traktujące w głównej mierze o … dickach. Tytuły piosenek mówią same za siebie: „Lick my balls”, „Drink my Kefir” etc. Co do muzyków (każdy z nich ma pseudonim zawierający słowo „Dick”), są to wariaci do kwadratu, ale jak najbardziej dający się lubić (choć, różnie to z gustami bywa). Ich pokręcone i turbo żywiołowe koncerty niektórym fanom na zawsze utrwaliły się w pamięci – dla przykładu, panowie wystąpili raz odziani jedynie w przeźroczystą folię, dając żeńskiej części publiczności niezłą frajdę. Aż żal człowieka bierze, jak pomyśli o mocnym złagodzeniu muzyki i wizerunku Dicków, które nastąpiło parę lat po debiucie. 

Silver ballads znalazło się w zestawieniu miodnych płyt ze względu na zawartą tam wręcz wibrującą energię. Zabawa muzyką, konwencjami i bliżej nieokreślony, punkowy szał sprawiają, że samemu chce się na chwilę zdziczeć. Płyta nie dla każdego, raczej dla tych mocno zdystansowanych (do siebie i muzyki).



7. Łąki Łan, Łąkiłanda (2009)


Kolejna na liście płyta o śmieszkowym charakterze. Łąki Łan kojarzony jest teraz głównie z juwenaliami i Woodstockiem, co jest sporą szkodą dla wizerunku zespołu i wielu może poczuć się przez to zniechęconym. A zawierzcie mi, warto zapoznać się z Łąkiłandą. Bardzo uzdolnieni muzycy, totalnie poniesieni przez fantazję, stworzyli swoją wariację na temat funku, rocka i popu. Mniej więcej, bo szczerze mówiąc, ciężko określić ich wesołkowate granie. Jest pozytywnie, jest zabawnie i piekielnie dobrze się tego słucha. Lepiej jest tylko na koncertach, podczas których, członkowie zespołu, przebrani za leśną faunę totalnie kopią tyłki. Szczególną uwagę zwraca Paprodziad, frontman grupy – prawdziwy zwierz sceniczny. Kto był, ten wie, a kto nie był, niech leci, bo naprawdę warto. Ciężko ich sklasyfikować, napisać coś mądrego, bo sami muzycy nie podchodzą do siebie i ich twórczości w stu procentach poważnie. Otrzymujemy od nich coś na kształt przedstawienia, eksperymentu muzycznego i pastiszu w jednym. Ja to kupuję bez zastrzeżeń, bo tyle ŁąkiŁanda dała mi frajdy, że nawet Nutella nie podołała.



Tak przedstawia się zestawienie NAJMIODNIEJSZYCH PŁYT WG BEZDOMNEJ. Każda z powyższych płyt zawiera narzędzia do uruchomienia całej gamy uczuć i przeżyć. Są soczyste, pomysłowe i wiele wniosły do mojego małego świata. Przesłuchajcie ich w wolnym czasie, bo naprawdę warto. Podzielcie się również swoimi perłami, które wywarły na was wielkie wrażenie.


you might also like

najlepsze polskie płyty

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Bezdomna

czyli Karolina - wodzirejka na tym dancingu. Zapraszam do bycia bezdomnym kulturowo, bo to naprawdę świetna rzecz. Wino, szmira i kicz to moja dewiza.