CZEMU TAK BARDZO KOCHAMY GRĘ O TRON



Od jakiegoś czasu seriale znowu są na fali. I to takiej konkretnej, tsunami co najmniej. Nowe widowiska powstają codziennie, czyhają z każdego kąta, niczym liczne reklamy suplementów diety. Tematy jakie poruszają nie sposób zliczyć, bo okazuje się, że każda historia jest godna uwagi. Nawet te najbardziej niewiarygodne, można przekuć w dobry serial będący kurą znoszącą złote jaja – mówi komuś coś nauczyciel gotujący metamfetaminę?


Popyt na seriale jest bardzo owocny, również dla widzów, bowiem twórcy prześcigają się w przyciągnięciu nas przed ekrany, serwując nam rozrywkę na najwyższym poziomie. Tym samym można wprost zanurzyć się w obfitej ofercie serialowej na wiele długich wieczorów, jednocześnie mając świadomość, że niemal każda seria dopracowana jest w najmniejszym szczególe i naszpikowana wyśmienitym nadzieniem fabularno-obsadowym. W jakich wspaniałych czasach przyszło nam żyć!

Wśród tych wspaniałości, najwięcej uwagi przykuwa jeden tytuł. Gra o Tron, bo o niej mowa, jest nie tylko serialem, ale również gigantycznym wydarzeniem, w którym bierze udział prawie cały świat. Ma się wrażenie, że uczestniczymy w nieustannej celebracji każdego sezonu. Ba! Każdy odcinek jest skrupulatnie omawiany między znajomymi, na wszelkich forach i wszechwładnym facebooku. 


Co takiego ma w sobie ten serial, że zawładnął umysłami naszego pokolenia? Czym rozkochał w sobie rzesze widzów ? Poniżej kilka przemyśleń o tym, dlaczego tak bardzo jara nas Gra o Tron.



ZWROTY FABULARNE NIE DO PRZEWIDZENIA

Chyba każdy z nas przekonał się, że nie jest to kolejna, standardowa produkcja, w której koniec końców dobrzy wygrywają, a źli dostają zasłużoną nauczkę. Twórcy spektakularnie wyprowadzili nas z tego błędu już w pierwszym sezonie, kiedy to byliśmy świadkami chociażby malowniczej dekapitacji Neda Starka. W głównej mierze zawdzięczamy to pierwowzorowi, czyli cyklowi książek Georga R.R. Martina.  Pisarz nie przebierał w środkach i dał się we znaki każdemu nieco przerażającym umiłowaniem uśmiercania kolejnych bohaterów. Nie inaczej jest w serialu, który zazwyczaj wiernie oddaje twisty i pogmatwane rozwiązania fabularne. Jedną z  głównych zasad widzów Gry o Tron jest nieprzywiązywanie się do ulubionych bohaterów, bo ci padają jak muszki owocowe (do tej pory nie mogę otrząsnąć się po ohydnej śmierci Oberyna Martella).



KLIMAT


Fantasy? To już przecież było grane tyle razy! Ale nie w takim stylu. Serial jest mocno odświeżoną wariacją gatunku, który choć bazując na wielu podstawowych elementach fantastyki ma jednak do zaoferowania wiele nowego. Zarówno Westeros i obszary ościenne, jak i postacie, czy panujące religie i zwyczaje są od początku do końca wymyślone na nowo, nie czuć w nich odstraszającego smrodu zerżnięcia od największych twórców, czy bazowania na utartych schematach. Jedyne co może budzić wrażenie de javu to skupienie się na parszywej stronie natury ludzkiej, ale to liczyć można tylko na plus, bo próby przybliżenia nam zakał i zmor tego świata dalekie są od sztampy. Mamy więc do czynienia z czymś niepodrabialnym i niekwestionowanie nowym. Fantastyka zyskała kolejną twarz. 

Klimat Gry o Tron jest gęsty, mroczny, aż chwilami robi się naprawdę nieprzyjemnie, ale mimo to wciąż chcemy więcej. Wielopoziomowe intrygi polityczno-społeczne, ponure zamczyska i równie ponurzy ich mieszkańcy, pomieszanie dobra ze złem, obłudy z prawdą. Nie wiadomo komu ufać, czy komukolwiek w ogóle można. Wszystko to i jeszcze więcej zażarło i to tak dobrze, że z wypiekami na twarzy łykamy kolejne sezony jak głodne gęsi.



GENIALNY PIERWSZY SEZON

Nie byłoby całego szaleństwa, gdyby pierwszy sezon okazałby się znośny, bądź w miarę
przyzwoity. Zagorzali fani Martina pewnie oglądaliby z ciekawości i przyzwyczajenia, ale nie byłoby mowy o kulcie serialu. Rzeczywistość okazała się o wiele bardziej przyjemna i pierwszy sezon, od pierwszego odcinka zmiażdżył widzów i krytyków swoją niesamowitością. Zachłysnęliśmy się nim niczym studenci pierwszego roku urokami wielkiego miasta i tanim winem. Bezbłędnie poprowadzona fabuła, świetnie dobrani aktorzy, szastający na prawo i lewo charyzmą, no i rozmach widowiska dały nam obietnicę obcowania z czymś wielkim, co lada chwila zyska miano kultowego.  

Pierwszy sezon Gry o Tron był jak tłusta i smakowita przynęta na diamentowej wędce, która skutecznie złowiła miliony widzów.


SAMONAPĘDZAJĄCA SIĘ MACHINA PROMOCYJNA I UWIELBIENIE FANÓW


Kiedy Gra o Tron ugruntowała swoją pozycję w czołówce najlepszych seriali, reszta należała do widzów. Ci, swoją aktywnością i uwielbieniem ziścili najmokrzejsze sny producentów i twórców. Nowych fanów przybywało w postępie geometrycznym, ten kto nie oglądał GoTa jawił się jako uwsteczniony wyrzutek. Konwenty, fora, wieczory u znajomych wybrzmiewały echem melodii przewodniej serialu. Wszyscy zaczęli pałać miłością do karłów, imię Joffrey zostało skalane na wieki wieków, a Winter wciąż is Coming. 

Każda premiera sezonu jest wydarzeniem – gorące recenzje pojawiają się w najbardziej poczytnych gazetach, na pierwszych stronach. Rozrywka dla mas, która połączyła wszystkich, od gimbazy, poprzez sprzedawców w Biedronce, na głowach państw kończąc. Nawet jeśli chcemy odciąć się od tej zawieruchy i żywimy nieco stonowane uczucia do show i tak nie uciekniemy przed jego mackami. Machina promocyjna jest potężna i zatacza coraz większe koła, przez co Lannisterowie i Starkowie wyskakują nam z lodówek. Oliwy do ognia dolewa wspomniana, przeogromna rzesza fanowska skutecznie wprzęgnięta między trybiki mechanizmów reklamowych.


I OCZYWIŚCIE CYCKI, PRZEMOC I PRZEKLEŃSTWA

Czymże byłaby Gra o Tron bez bezwstydnie dyndających piersi w co trzecim kadrze. Albo pięknych, napiętych pośladków łypiących na nas co chwila, bez soczystych prostytutek i jurnych młodzieńców. Jakże jałowy byłby serial bez dosadnej i intensywnej przemocy – wgniatania oczu do czaszki, wyrżnięcia co do jednego gości weselnych, palenia żywcem, brutalnej kastracji i bestialskich tortur. Jakbyśmy się nudzili, gdyby z ust Tyriona, czy Ogara nie leciały potoczyste kurwy i inne pierdolce. 
Nie byłby to ten sam serial, a już z całą pewnością na pewno nie tak wciągający.

Niech żyją cycki i wino!




you might also like

kultura

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Bezdomna

czyli Karolina - wodzirejka na tym dancingu. Zapraszam do bycia bezdomnym kulturowo, bo to naprawdę świetna rzecz. Wino, szmira i kicz to moja dewiza.