Żyjemy w czasach, gdzie większość nie odżywia się ot tak, po
prostu, bo trzeba jeść, żeby nie paść trupem. Teraz ta prozaiczna wydawać by się mogło
czynność łączy się z czymś znacznie grubszym ( i nie, nie chodzi tu o
kalorie, fałdki, czy znienawidzone boczki). W erze cudownych do porzygu zdjęć
instagramowych, czy inspirujących na siłę kont na facebooku wstydem wielkim i
oznaką buractwa jest nażreć się i już. Aby godnie przeżyć życie i zasłużyć na
szacunek followersów należy jedzenie wznieść na zupełnie nowy poziom, uprawiać
je jak sztukę, skąpaną w świetle wzniosłej ideologii jedynej i
najsłuszniejszej.
No właśnie. Jak mawiają doświadczeni życiowo,
ideologia jest jak dupa – każdy ma swoją. Na plan pierwszy wysuwają się jednak
dwa, wzajemnie zwalczające się obozy żywieniowe (kto by pomyślał, że ludzkość
stanie się aż tak komiczna). Odkąd Internet przestał być jedynie miejscem, w
którym oglądamy śmieszne koty i ludzie zaczęli go traktować jako taki
fajniejszy konfesjonał, mamy do czynienia z wielkim wyścigiem o to, który
sposób na życie, albo światopogląd, czy też styl bycia jest najlepszy. Kto wie
więcej o polityce, gospodarce w krajach Trzeciego Świata, na robieniu muffinków
bezglutenowych kończąc. Wśród tego barwnego jazgotu nieustannie przewija się
ostry konflikt wegan oraz mięsożerców (ewentualnie mięsarian, ale brzmi to
trochę głupio). Epicka walka dwóch ugrupowań trwa w zaparte, bez większych
nadziei na zakopanie topora wojennego, ku uciesze spragnionej uciech gawiedzi
(patrz wykop, kwejk itd.).
O co im w tym wszystkim chodzi? Kto wygrywa ten spór? I przede wszystkim czy jest sens walczyć?
O co im w tym wszystkim chodzi? Kto wygrywa ten spór? I przede wszystkim czy jest sens walczyć?
Ciężko polemizować z argumentacją wegan tak, aby nie wyjść na dupka. W
końcu kto świadomie chciałby działać na szkodę słodkich cielaków i prosiąt.
Albo pluć na zdrowie, spokój życia i sumienia i w końcu na harmonijną idyllę w
świecie bez wojen? Rozumiem i zazwyczaj popieram cele i motywy, które
przyświecają tym, którzy wykreślili stejka ze swojej diety. Tak samo jak oni,
chciałabym mieć ciało wolne od toksyn. Byłabym także najszczęśliwszą osobą na
świecie, gdyby nie istniało coś takiego jak chów klatkowy lub inne bestialskie
sposoby hodowli zwierząt.
Weganką zostać jednak nie mogę. Po prostu nie potrafię i już. Przyznam się, że próbowałam się do tego zabrać, ale tylko raz. Nie jadłam mięsa przez – uwaga - osiem dni (bardzo ciężkich i złych dni zresztą). I Obawiam się, że jest więcej takich ludzi jak ja, które najzwyczajniej w świecie nie są stworzone do życia bez mięsiwa.
Serio?
OBÓZ MIĘSOŻERCÓW
Choć również jem mięso i się go raczej nie wyrzeknę, mam wrażenie, że
niektórzy mięsożercy zapędzają się w dziwne i niepokojące rejony. Owszem,
boczek jest wspaniały i ma cudowne właściwości antydepresyjne, ale widząc jak
niektórzy potrząsają nim przed nosami wegetarian mówiąc: patrzcie co straciliście, frajerzy, chce mi się śmiać.
Wyobraźcie sobie, że oni wiedzą z czego zrezygnowali, bo – UWAGA – zrobili to
świadomie!
Nie podobają mi się wcale wegetarianie, którzy lubią sobie
przeholować, czyli na przykład tacy, co zmuszają do swojej diety również
zwierzaki (ciekawe jak wpoić kotu, że to dla dobra świata?). Ale nie podoba mi
się równie mocno wrzucanie niejedzących mięsa do jednego wora. Kojarzenie ich
wszystkich z legendarnymi już pedałami w rurkach. Albo z hipsterami,
nieznającymi prawdziwego życia, będących na garnuszku u bogatych rodziców.
Sama uwielbiam przekomarzać się na ten temat i nieraz rzucałam
kąśliwe uwagi o sałatożercach. Ale tak sobie myślę, że warto znać jakiś umiar,
umieć rozróżniać ironię od zwykłego chamstwa.
Poza tym każdy chciałby być sprawiedliwie postrzegany, ale jak to ma działać skoro mało kto sam to stosuje.
Poza tym każdy chciałby być sprawiedliwie postrzegany, ale jak to ma działać skoro mało kto sam to stosuje.
KTO MA RACJĘ
Odpowiedź jest prosta: KAŻDY, A ZARAZEM NIKT.
Bo na miłość boską, po co zaburzać sobie spokój zaglądając do
czyjegoś talerza. Czemu wyznawanie jakiegoś poglądu, związanego nawet z
żarciem, koniecznie musi wiązać się niemiłosiernym deptaniem racji innych. Nie
urodziłam się wczoraj i wiem, że świat nie jest wyśnionym rajem wprost z
piosenki Lennona, ale dawno też doszliśmy do wniosku, że cywilizacyjnie to
nawet dobrze nam idzie. Dlaczego więc wciąż zachowujemy się jak małpy?
On zażera się mięsem, a ja go nie trawię? Spoko! Ale zastanówmy się nad tym, jak poprawić sytuację zwierząt. Ktoś pije koktajl z jarmużu i bakłażanów? Dobrze dla niego i nie, nie uważam go za pedała!
I czemu to jest takie trudne? Cały czas się zastanawiam, dlaczego
kołkiem w gardle staje nam uszanowanie czyjegoś zdania.
Jako że ciężko mi uwierzyć,
że większość ludzi to smutne oszołomy nasuwa mi się jeden wniosek. Te
niekonfliktowe i szanujące innych zdanie osoby są mniej słyszalne i
dostrzegalne niż kontrowersyjne i pałające nienawiścią jednostki. Po obu
stronach barykady znajdzie się jeden, czy drugi fanatyk,
który swoją głupotą i klapkami na oczach psuje opinię wszystkim dookoła. To oni
sprawiają, że nie ma mowy o współpracy, czy chociażby o wzajemnym zrozumieniu
stanowisk różnych środowisk, bo ich życie polega na żerowaniu na negatywnych
emocjach i umyślnym dolewaniu oliwy do ognia.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz